Perspektywa spędzenia długiego weekendu w Mediolanie wydawała się nad wyraz kusząca. Oczami wyobraźni widziałam już te fantastyczne zdjęcia, które tam zrobię. Widziałam tych stylowo ubranych Włochów, klimatyczne kafejki i wspaniałą włoską kuchnię. Niestety, przeliczyłam się. Mediolan zaskoczył nas ciszą. Podobno trafiliśmy na czas urlopowy, kiedy większość Włochów wyjeżdża ale nawet ten fakt nie tłumaczy pozamykanych sklepów i całkowitych pustek na uliczkach niewiele oddalonych od centrum. Dopiero po jakimś czasie zdałysmy sobie sprawę z tego, że nie widziałyśmy żadnej otwartej piekarni, żadnej kwiaciarni, podczas gdy w Oslo piękne hortensje można kupić nawet w sklepie spożywczym.

Owszem, nie przeczę, że zabytki w Mediolanie są imponujące, a Katedra robi niezapomniane wrażenie, ale na jedno pozytywne odczucie wpływało tyle negatywnych, że trudno mi powiedzieć, że polubiłam Mediolan. Pewnie nie pomógł też fakt, że obsługa w naszym hotelu była beznadziejna, a ich impertynencja czasami graniczyła z absurdem. O znajomości angielskiego nawet nie wspomnę, bo naprawdę nie spodziewałam się. że tak ciężko będzie nam się porozumieć.

Jedynym miejscem, które naprawdę polubiłam w Mediolanie była niepozorna knajpka koło naszego hotelu. Z zewnątrz wygladała jak obskurna spelunka, zresztą w środku też nie było luksusów, jednak obsługa kelnerska i przepyszne jedzenie, jakie tam serwowano bardzo przypadło nam do gustu. To było jedyne miejsce w Mediolanie, gdzie poczułam ten włoski klimat, o którym marzyłam. Miło było patrzyć jak starszy doświadczeniem kelner uczy młodszego, jak fachowo obraca kieliszki, jak zagaduje każdych klientów i każdego pyta jak mu smakuje jedzenie. Przede wszystkim jednak miło było smakować ich wybornej pizzy, cudownych owoców morza i niesamowicie pysznej panna cotty…i tego wspomnienia będę sie trzymać :)

Niedlugo opowiem Wam o Bergamo i to będzie całkiem inna historia :)